Interwencja kryzysowa

Pierwsza pomoc emocjonalna dla rodzica, który nie ma już zasobów

Skrajne wyczerpanie rzadko daje o sobie znać w sposób, który wszyscy od razu zauważą. Dużo częściej widać je w drobiazgach. W tym, że zakładasz bluzę na lewą stronę i orientujesz się dopiero po godzinie. W tym, że czytasz jedno zdanie trzy razy i dalej nie wiesz, co przeczytałaś. W tym, że dziecko prosi o coś zwyczajnego, a Tobie nagle zbiera się na płacz albo złość nieproporcjonalną do chwili. Tak właśnie często wygląda moment, w którym człowiek od dawna jedzie ponad własne siły.

Właśnie wtedy zaczyna się temat pierwszej pomocy emocjonalnej. Nie chodzi w nim o naprawianie całego życia ani o budowanie nowej wersji siebie. Tu nie ma miejsca na wielkie plany i ładne hasła. Kiedy człowiek ledwo stoi, potrzebuje czegoś prostszego i bardziej przyziemnego. Potrzebuje takiego ruchu, który nie dobije go jeszcze bardziej.

W wielu rodzinach to matka trzyma codzienność w ryzach. Czasem tak się ułożyło, czasem nie było innego wyjścia. Ojciec bardzo często spędza całe dnie w pracy, bo ktoś musi zarobić na dom, leczenie, dojazdy, rehabilitację i wszystkie koszty, które rosną szybciej niż siły. Tyle że od tej wiedzy kobiecie, która zostaje z całym środkiem dnia, wcale nie robi się lżej. To ona pamięta o terminach, lekach, terapii, szkole, badaniach, jedzeniu, ubraniach i dokumentach. To ona najczęściej jest pod ręką bez przerwy.

Są też takie matki, które nawet nie mają komu powiedzieć, że już ledwo stoją. Bez mamy, bez teściowej, bez siostry, bez znajomej, która mogłaby przejąć dziecko choć na godzinę. I wtedy nie mówimy o zwykłym zmęczeniu. Bardziej o życiu na ostrzu, gdzie każdy dzień wymaga pilnowania, żeby wszystko się nie osunęło.

Kto tego nie przeżył, zwykle nie rozumie skali. Z zewnątrz widać tylko kolejne zadania. Od środka wygląda to jak ciągłe czuwanie, pamiętanie i spinanie świata, który co chwilę próbuje się rozpaść. Nic dziwnego, że w pewnym momencie kończy się cierpliwość do drobiazgów, zwykłe pytanie drażni bardziej, niż powinno, a rozsypane płatki na podłodze albo rozlana herbata urastają do rozmiaru czegoś nie do zniesienia. Nie dlatego, że to naprawdę taki problem. Po prostu brakuje już sił na dokładanie choćby jednej rzeczy.

W takim stanie najmniej pomaga następny piękny tekst o sile, organizacji i trosce o siebie. Takie rady potrafią tylko dołożyć winy. Człowiek czyta i ma poczucie, że znowu czegoś nie robi tak, jak trzeba. A przecież nie o to chodzi. Pierwsza pomoc emocjonalna nie ma być następnym wymaganiem. Ma przynieść choć trochę mniej nacisku.

Czasem oznacza to zamówienie obiadu zamiast gotowania. Innym razem zostawienie prania do jutra. Bywa, że najrozsądniejszą rzeczą okazuje się odpuszczenie myślenia o kolacji już rano, położenie się na kanapie, kiedy dziecko śpi, albo krótka drzemka w środku dnia. Komuś z boku może się wydawać, że to drobiazgi. W praktyce właśnie takie drobiazgi nieraz decydują o tym, czy dzień skończy się w miarę spokojnie, czy totalnym rozbiciem.

Pomóc może też coś pozornie małego: kilka stron książki, krótki spacer bez planu, muzyka włączona trochę głośniej, parę ruchów w kuchni tylko po to, żeby zrzucić z siebie choć odrobinę tego ścisku. To nie są fanaberie ani luksus. To zwykłe sposoby, żeby nie dociążać się bardziej, kiedy wszystko i tak już przygniata.

Trudne jest również to, co dzieje się w głowie. Wyczerpany rodzic bardzo często staje się swoim własnym poganiaczem. Mówi do siebie gorzej, niż powiedziałby do kogokolwiek bliskiego. Wmawia sobie, że inni mają gorzej, że trzeba się spiąć, że nie ma co robić problemu. I właśnie wtedy robi się najciężej, bo życie przyciska z jednej strony, a własne myśli dobijają z drugiej.

Tymczasem prawda jest znacznie prostsza. Przy takim trybie życia człowiek naprawdę może paść. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Wielu rodziców dzieci z niepełnosprawnościami dochodzi do miejsca, w którym ma po prostu dość, tylko rzadko mówi o tym głośno. Jedni milczą ze wstydu, inni boją się oceny, jeszcze inni nie mają nawet chwili, żeby się nad sobą zatrzymać. To, że mało się o tym słyszy, nie znaczy, że zdarza się to rzadko.

Dobrze więc w końcu usłyszeć coś zwyczajnego i prawdziwego: nie jesteś żadnym wyjątkiem. Wieczorne siedzenie w ciszy i patrzenie w ścianę, bo zabrakło już siły nawet na myślenie, zna więcej matek, niż komukolwiek się wydaje. Tylko mało która powie to na głos.

Czasem początek ratowania siebie wygląda bardzo niepozornie. Tego dnia robisz wyłącznie to, co konieczne. Dziecko trzeba nakarmić, przebrać, podać leki, gdzieś zawieźć, jeśli trzeba. Reszta może poczekać. Dom nie musi lśnić. Obiad nie musi być ambitny. Niczego nie trzeba robić wzorowo. Wystarczy tak, żeby ten dzień Cię nie dobił.

Zdarza się też, że jedynym rozsądnym ruchem jest powiedzenie komuś prawdy bez owijania. Jest mi źle. Nie wyrabiam. Potrzebuję konkretnej pomocy. Zostań z dzieckiem godzinę. Zrób zakupy. Przywieź jedzenie. Odbierz coś za mnie. Taki komunikat waży więcej niż wszystkie grzeczne półsłówka.

A kiedy nie ma komu tego powiedzieć, tym bardziej warto ciąć wszystko, co da się odciąć. Mniej obowiązków, mniej udowadniania światu, mniej grania twardej. Przy takim życiu dokładanie sobie kolejnych zadań nie jest oznaką siły. Częściej bywa prostą drogą do całkowitego wyczerpania.

Najgorsze, co można wtedy zrobić, to dalej wmawiać sobie, że to tylko chwilowy stan i zaraz minie. Niekiedy nie mija. Czasem potrzeba czegoś bardzo przyziemnego: uprościć dzień, przesunąć część spraw, przespać się, odpuścić to, co naprawdę może poczekać. Takie decyzje bywają dużo mądrzejsze niż kolejne heroiczne spisy zadań.

Nie wielkie słowa dają wtedy największą pomoc, tylko rzeczy najbardziej zwyczajne. To, że usiądziesz. Że zamówisz obiad. Że podłoga dziś nie zostanie umyta. Że położysz się, kiedy wreszcie zrobi się moment ciszy. Że przestaniesz wbijać sobie do głowy, że musisz wszystko wytrzymać bez śladu pęknięcia.

Bo przy takim życiu w końcu siada głowa, cierpliwość, ciało albo wszystko naraz. I to nie jest żaden dowód słabości, tylko sygnał, że od dawna było za dużo.

Na tym właśnie polega pierwsza pomoc emocjonalna. Nie na naprawie całego świata, tylko na potraktowaniu siebie poważnie wtedy, gdy ledwo stoisz. Na niedokładaniu sobie kolejnych ciężarów. Na zauważeniu momentu, zanim wszystko runie.

Czasem to wystarcza na początek.

A początek, kiedy życie od dawna jedzie po Tobie bez litości, jest wart więcej niż najpiękniejsze słowa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *